CZŁOWIEK KOMPLETNY

Grzegorz "Ma-ken" Mikłusiak
Znajdź wewnętrzną równowagę i podnieś jakość swojego życia. 

Ma-Ken
phone   +48 500 464 525 Grzegorz

Nie masz dnia, to go kup

otchłań miłości w promocji
fot. otchłań miłości w promocji

Nie masz dnia, to go kup
 
Czasem mam wrażenie, że świat komercyjny oszalał. W ostatnim tygodniu wyprodukował chyba więcej symbolicznych serc niż ludzi na świecie oraz zmotywował ich do biegania do cukierni, by pobić rekord świata w jedzeniu pączków.
W sklepach internetowych i z regałów, na półkach patrzy na nas cały czas instrukcja obsługi: jak się zachować, co kupić, jak okazać uczucia, co zjeść, by zmieścić się w kalendarzu pod oznaczonym w danym dniu świętem. A gdybym zadał pytanie: kto i co w nas świętuje? Serce? Żołądek? Rozum? A może system, który definiuje emocje poprzez sprzedawany właśnie produkt?


Otchłań miłości w promocji
Istnieje teza, że najpierw uczucia dokonują wyboru poza zasięgiem logicznych argumentów. Dopiero później wkracza intelekt i wcale nie po to, by zdecydować, lecz by uzasadnić. Racjonalizujemy podjętą decyzję tak długo, aż sami uwierzymy, że to rozum był jej autorem.
Bo czy Walentynki, ten dzień zakochania, powinny być celebrowane tylko raz w roku? Może miłość domaga się jednak codzienności, a nie jednorazowego święta.

To tak, jakby uczucia miały swojego robotnika. Posłańca, który biegnie za nimi, wykonuje polecenia i próbuje wszystko poukładać tak, by wyglądało rozsądnie? Najpierw zapada decyzja w sercu. Potem w ruch wchodzi „wysłannik” rozum. Pracuje sprawnie, lecz często w pośpiechu pod presją „świetnej” promocji. Szuka argumentów, buduje narrację, ubiera emocję w logiczne zdania. Chce, żeby to miało sens. Żeby dało się to obronić przed… samym sobą.
Widzimy zakochanych, którzy unoszą się metr nad ziemią. Robią rzeczy irracjonalne albo zachowują się trochę dziwnie, no bo mają taki czas jakby świat wokół nich przestał istnieć. Czas, w którym uczucia prowadzą, a rozum stara się nadążyć. Taki duet: serce, które wybiera i posłaniec, który znajduje argumenty by tę decyzję racjonalnie uzasadnić.

Kiedy dochodzi do zbrodni w afekcie, w ramach wielkiego przypływu zazdrości czy gniewu, często słyszymy: „to nie był on”, „to nie ona”, „to chwila poniosła”. Jakby emocja przejęła stery, a rozum został zepchnięty na tylne siedzenie.
Skoro ktoś już „wpadł” w miłość, jak za krawędź i leci w otchłani, to może zamiast się szarpać, warto poczuć swobodę tego spadania? Jest w tym jakaś odwaga. Zaufanie do doświadczenia. Nie krytykuję ludzi, którzy wskakują w uczucia tak intensywnie. Ważne by one w momentach rozczarowania nie przerodziły się w decyzje o skoczeniu z wieżowca. Z grawitacją nie ma negocjacji. Tam jest tylko jeden kierunek: w dół.
 
Kocham, więc rezerwuję
Może mnie też teraz trochę poniosło… Wracam do faktów. Coroczny sprint do perfumerii, kwiaciarni, rezerwacji kolacji w restauracjach. Bieganie by wpisać się w trend walentynkowego komunikatu: pamiętam, kocham, świętuję.
A gdyby odwrócić perspektywę i świętować miłość nie w jednym dniu pod presją kalendarza, lecz w rytmie codzienności? Inspiracją niech będzie na przykład publikacja Garego Chapmana pod tytułem „Pięć języków miłości”: afirmujące słowa, wartościowo spędzony czas, wzajemne obdarowywanie, służenie sobie, czuły dotyk. Być może te drobne, lecz regularne gesty zbudują trwałą i satysfakcjonującą obie strony relację.
 
Dołożę do tego jeszcze całkiem świeże przejedzenie pączkami. Połączmy to razem. Zróbmy święto totalne. Niech będzie słodko, romantycznie i intensywnie. Niech nas wręcz rozsadzi od nadmiaru przyjemności. Oczywiście, chemia, którą zjedliśmy zrobi swoje i możemy sobie poczytać o tym, co dzieje się z organizmem po solidnej dawce cukru i tłuszczu.
Przykład z pączkami jest dla mnie ciekawy, bo pokazuje, jak łatwo w imię chwili, zwyczaju, impulsu robimy coś, po czym wcale nie czujemy się lepiej. A przecież chodzi o to, by świętowanie naprawdę nam służyło. Nie tylko przez pięć minut, lecz również dzień później.

Poza tym ten przykład jest mi bardzo bliski. Zjadłem je rano i źle się czułem i byłem na siebie wściekły do końca dnia. Ale tego nie napisałem tutaj. Niech to zostanie wielką tajemnicą. Nie napisałem tego. Tylko sobie o tym pomyślałem.
 
Tymczasem kalendarz nie zwalnia
Za chwilę będzie ósmy marca, potem Zajączek, Dzień Dziecka, Dzień Hutnika, Rolnika, Nauczyciela, kolejne święta, imieniny, urodziny, rocznice. Jedno święto goni drugie.
A jeśli ktoś nie ma dnia? Tak dosłownie i w przenośni. Bywa przecież, że i w świąteczne dni jesteś zmęczony. Nic ci się nie chce. Masz wrażenie, że nic ci nie wychodzi. Musisz zwyczajnie odpocząć.
Jak wtedy wpompować w siebie na siłę pozytywność? Wpadać w przesadną euforię i nakładać na siebie presję? Może chodzi o to, by widzieć świat takim, jaki jest ze świętami i zwykłymi dniami, z uniesieniem i ze zmęczeniem. Reagować adekwatnie, a nie dlatego że kalendarz coś dziś ogłosił.
 
Święta mają swoją rolę. Służą temu, by coś zaakcentować, zatrzymać się, coś podkreślić. Pytanie tylko, czy w tym konkretnym przypadku to naprawdę nam służy, czy raczej jest to moda i komercyjny rytuał, którym ulegamy, bo wpisujemy się w sytuację, gdzie coś „wypada” albo coś „należy” zrobić.
Wrócę do tego, co często podkreślam, do uważności na to, co wpuszczamy do środka, do naszego wewnętrznego świata.
Przedmioty i komunikaty ze świata zewnętrznego nie są neutralne. One niosą określony przekaz. On jest często skonstruowany po to i w taki sposób, by wywołać w nas konkretną reakcję.
Reklama. Hasło. Obraz. Obietnica. Czy to będzie kampania walentynkowa, czy cudowny preparat „na wszystko”. Nieważne czy bolą cię zęby, plecy, czy masz jakikolwiek dyskomfort w innej czteroliterowej części ciała, mechanizm bywa podobny. Najpierw pojawia się problem. Potem szybkie rozwiązanie. Kup, zażyj, zastosuj i poczuj ulgę. Sto procent skuteczności.
Sięgamy więc po tabletkę. Ból mija. Ale gdybyśmy zatrzymali się na chwilę i spojrzeli w skład i w mechanizm działania i w realną zasadność zażycia tego preparatu, to może okazałoby się, że w dużej mierze zadziałał efekt placebo. Nasza wiara w jego działanie.
Gdy później zorientujemy się, że bardziej zadziałała sugestia niż substancja, może pojawić się poczucie sfrajerowania i nawrót dolegliwości.
 
Dlatego podkreślam taki model widzenia rzeczywistości, w którym oczy są narzędziem „neutralnie” widzącym dany przedmiot i okoliczności z nim związane. Wtedy świadomie mogę interpretować rzeczywistość taką jaka jest, a nie sugerować się „ślepo” nadbudowanymi obietnicami co zjeść, co kupić, jak przeżywać dany dzień mojego życia.