Na otwartych wodach świadomości
Na otwartych wodach świadomości
Żyjemy we wszystkim co nas otacza jak w morzu możliwości. W tym co dobre i co złe. Wśród zdarzeń, które przynoszą natychmiastową gratyfikację i takich, które wymagają cierpliwości. Jednak nie możemy sięgnąć po wszystko od razu. Niektóre rzeczy wymagają wspinaczki, schodów albo specjalnej drabiny, inne są na wyciągnięcie ręki. Jedne są barwne i kuszące, inne zakurzone, niepozorne. Cała sztuka polega na tym, by wybrać to, co w danym momencie najlepiej pasuje do kontekstu.
W sieci nadmiaru
To tak jak byśmy zarzucali sieci i wyławiali różne okazy. Niektóre są cenne, warte zatrzymania, inne to tylko zbędne śmieci, które niepotrzebnie obciążają. Sztuka polega na tym, by wybrać tylko to, co ma prawdziwą wartość, co pomaga płynąć dalej, nie hamuje i nie przytłacza. Bo jeśli zapakujemy się w nadmiar niepotrzebnych rzeczy, w momencie kryzysu możemy po prostu pójść na dno. Z całym tym balastem. Bez lekkości nie da się utrzymać wyporności.
Im więcej „bajzlu” gromadzimy, tym więcej energii musimy poświęcać na jego układanie, przesuwanie, pilnowanie. A to sprawia, że stajemy się bardziej podatni na złupienie przez piratów, którzy grasują po morzu możliwości i doskonale wiedzą, jak wykorzystać nasze słabości.
Kiedy jesteśmy zagraceni, trudniej nam manewrować i zachować zwrotność. Wchodzimy w walkę z niepotrzebnym balastem, zamiast płynąć do przodu. Każdy dodatkowy ciężar zwiększa ryzyko, że w końcu pójdziemy na dno.
W przypływie szans
Zasadne staje się pytanie czy zachować te wyłowione możliwości życiowe tylko dla siebie, czy może oszlifować je tak, by inni mogli z nich także skorzystać i w ten sposób wzbogacić to morze?
Gdybyśmy podzielili życie na etapy to jest tak, że najpierw uczymy się i czerpiemy od innych, potem wykorzystujemy tę wiedzę i umiejętności, a na końcu przekazujemy je dalej. W tej trzeciej fazie możemy czerpać prawdziwą satysfakcję z tego, że to co sami zdobyliśmy, może być przydatne dla innych.
To wydaje się naturalną koleją rzeczy. Może ktoś to oszlifuje, może zmieni, a może wykorzysta w zupełnie nowy sposób. W końcu prawdziwa wartość tkwi nie tylko w zdobywaniu, ale i w dzieleniu się tym, co daje innym szansę na własne odkrycia.
Na mieliźnie pokus
Morze możliwości pełne jest sytuacji i zdarzeń, które bywa, że sprowadzają nas na boczne tory. To rzeczy, które dają szybką satysfakcję, ale jednocześnie prowadzą na rafy, z których później trudno się wydostać. Tracimy przez nie czas, energię, a czasem nawet kierunek.
Bywa, że spotykamy też ludzi, nazwałbym ich toksycznymi przewodnikami, którzy przekonują nas do zmiany kursu. W dobrej wierze podążamy za ich wskazówkami, sądząc, że to właściwa droga, ale w rzeczywistości poddajemy się ich wpływowi. I zanim się zorientujemy, jesteśmy już pod władaniem piratów.
Są też, oczywiście, nałogi. One sprawiają, że zamykamy się, zatrzymujemy w miejscu, dryfujemy bez celu albo wręcz płyniemy w przeciwnym kierunku, niż pierwotnie zamierzaliśmy. Na morzu możliwości jest mnóstwo piratów i różnych pokus. Kuszą tym, co się świeci, ale to tylko tombak. Udawane złoto. Błyskotki bez wartości. Jak paciorki, którymi kiedyś mamiło się Indian. I właśnie dlatego „nie wszystko złoto, co się świeci” nabiera tutaj szczególnego znaczenia. Bo na tym morzu nie brakuje raf ani syren o pięknym śpiewie, które tylko czekają, by odciągnąć nas od właściwego kursu.
Za sterami ciała
Jakim statkiem poruszasz się po morzu możliwości? To kolejne ważne pytanie. Wypływając na ten ogromny akwen, dobrze byłoby, aby nasz statek był w pełni zadbany. Dlatego zapytaj siebie: jak dbasz o swoje ciało? Czy dbasz o dobre praktyki, które sprawiają, że każda lina, każdy żagiel i każdy pokład mają swoje przeznaczenie. Załoga jest wyszkolona i każdy wie, co ma robić.
Gdy nadchodzi słabość czy choroba i mocno nami miota, wiemy, że musimy przywrócić porządek. Bo przecież nie wchodzimy w kolejny sztorm, mając na pokładzie chaos.
Mamy swój okręt w pełnej gotowości. Zakładamy, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, ale jednocześnie jesteśmy przygotowani na najgorsze scenariusze.
Trzymanie kursu na uważność
Czym się kierować w tych połowach na morzu możliwości? Przywołałbym tutaj książkę „Cztery umowy” Dona Miguela Ruiza, opartej na mądrości Tolteków. Ta starożytna cywilizacja zamieszkiwała tereny dzisiejszego Meksyku. To byli znani wojownicy, artyści i mędrcy. Kierowali się zasadami, jakie pomagały im dążyć do wewnętrznej harmonii i wolności od ograniczających przekonań.
Jedna z tych podstawowych zasad, mówi, że słowa mają moc. Wszystko, co wypowiadamy, ma znaczenie. Zarówno to, co mówimy do siebie, jak i do innych. Chodzi o szacunek do własnego słowa. O traktowanie go jak zobowiązania.
Oczywiście, życie nie zawsze pozwala nam trzymać się tej zasady w stu procentach. Błądzimy i zmieniamy kurs. Ale jeśli świadomie nad tym pracujemy, uczymy się większej uważności. Nasze słowa mają moc. Mogą budować, ale też niszczyć.
Czyli po pierwsze: szanuj swoje słowo. Jeśli coś mówisz, traktuj to poważnie.
Po drugie: nie bierz niczego do siebie. Jeśli ktoś, w roli pirata, próbuje mnie przekonać, żebym zawrócił, zmienił kurs, skręcił w inną stronę, to nie jest mój problem. Nie muszę się temu podporządkowywać. Ja robię swoje.
Po trzecie: nie zakładaj niczego z góry. Nie oceniaj pochopnie ludzi i sytuacji. Nie wyciągaj wniosków na podstawie domysłów. Nie znasz czyjegoś życia, jego historii, więc łatwo się pomylić. Takie nastawienie oszczędzi ci wielu rozczarowań.
Po czwarte: wszystko, co robisz, rób dokładnie i rzetelnie, najlepiej jak potrafisz. Trzymaj się swojego kursu, swojej misji. Wkładaj w to serce i ciesz się z drogi, którą wybrałeś.
Ster na moc
Działaj tak, by odnaleźć cieśninę, która pozwoli ci przedostać się dalej i poprowadzi na otwarte wody, gdzie ominiesz piratów, rafy i wszystkie pułapki. By wpłynąć na bezmiar z poczuciem wszechogarniającej mocy. Czegoś, co jest stanem głębokiego oświecenia i świadomej siły, a nie bezrefleksyjnej pustki.
Ocean mocy, to mogłoby być miejsce, do którego zmierzamy. Przestrzeń, skąd można popłynąć wszędzie i czerpać wszystko naraz. W tym miejscu potrafilibyśmy w sobie odkryć poczucie spełnienia i szczęścia.
Na tym oceanie, człowiek mógłby chcieć przebywać nieustannie. Bez początku i bez końca. Po prostu być tu i teraz, bez potrzeby dalszego poszukiwania. Bo to byłby ostateczny cel. Można to rozwijać jako stan nirwany, moment satori, chwilę olśnienia. To jest to miejsce, gdzie czuje się tę moc wszystkiego, co nas otacza.



