Kiedy jesteś pośrodku niczego
Kiedy jesteś pośrodku niczego
Dosłownie. Czy to jest ten stan, który dotyczy medytacji, a może wędrówek po śnieżnych pustkowiach? Miejscach, gdzie niebo zlewa się ze śniegiem na horyzoncie i tworzy całość. Podobne zjawisko występuje też nad morzem, gdy nie ma fal na bezkresnej tafli wody, a niebo przybiera jej kolor. Można spojrzeć w tę dal i poczuć się zawieszonym w nicości. Właśnie takie było moje doświadczenie podczas wypraw za kołem polarnym. Angielskie wyrażenie „in the middle of nowhere” idealnie oddaje głębię tej sytuacji.
Z myślami skutymi oczekiwaniem
W zimowej wspinaczce górskiej bywają takie momenty, które nazwałbym, przeczekaniem. Kiedy następuje załamanie pogody, to nie ma mocnych. Trzeba wykopać jamę śnieżną, zanurzyć się w niej i czekać, aż nadejdą lepsze warunki. Wspinacze wysokogórscy nazywają to „kiblem”. To takie miejsce, gdzie się utknie. Szczególnie na noc. Wtedy pozostaje tylko kopać prowizoryczne schronienie w śniegu albo wczołgać się do małego namiotu, który ma za zadanie pomóc utrzymać ciepło i zabezpieczyć warunki do przeczekania najgorszego. To właśnie wtedy mógłbym powiedzieć, że człowiek zamarza. Prawie dosłownie i na pewno w przenośni.
To jest stan zawieszenia, na pograniczu letargu. Walka z zimnem, z własnymi myślami. Pytania: „Co ja tu robię?” „Jak długo to potrwa?” Czekanie na lepszy czas i ustabilizowanie się sytuacji, by znów móc pójść dalej i przywitać zmianę pogody, by było bardziej przyjemnie. To jest jeden z tych stanów w górskich, zimowych wyprawach, który trzeba umieć przetrwać. Tam jest mentalne zmaganie się ze sobą. Zamrożenie w oczekiwaniu.
W hałasie śnieżnej ciszy
Do czego zmierzam? Jeśli chcielibyśmy osiągnąć prawdziwy reset i zobaczyć wszystko, co w nas istnieje teraz, to idealnym sposobem byłoby doprowadzenie się do takiego momentu, niekoniecznie poprzez egzotyczną wyprawę. Może wystarczy medytacja i świadome odrzucenie wszystkiego, co dźwigamy. Chodzi o to, by móc na nowo wszystko skonfigurować i spakować do swojego „plecaka” tylko te rzeczy, które w danym momencie są dla nas naprawdę istotne, potrzebne i dobre.
Wybierzmy się więc myślami na taką wędrówkę po śnieżnych pustkowiach. Czy to będzie północna część Finlandii, Norwegii, Szwecji, czy Alaski, wszędzie tam rozciąga się ten sam bezkres. A w nim maleńka kropeczka – wędrujący człowiek. Czy sunie na nartach, czy pędzi skuterem śnieżnym, czy jedzie psim zaprzęgiem, jest sam, otoczony przestrzenią nie do ujarzmienia. Musi zmierzyć się z czymś dzikim, groźnym, nieprzewidywalnym. Z czymś, co w każdej chwili może go nawet zabić. Może zostać rozszarpany przez niedźwiedzia albo może po prostu zamarznąć na bryłę lodu.
Jesteś w kropce
Ale jest w tym miejscu jeszcze zupełnie inny obraz. Piękny czas, idealne warunki. Nie ma żadnych przeszkód terenowych, niczego, co mogłoby rozpraszać uwagę. Nie ma skał, nie ma punktów odniesienia. Jest tylko biel. Niebo jest blade i zlewa się ze śniegiem na linii horyzontu, która czasem delikatnie przysłonięta jest mgłą. Tworzy się przestrzeń, która zdaje się nie mieć początku ani końca.
Człowiek umieszczony w takim miejscu zaczyna doświadczać czegoś dziwnego. To trochę jak podczas izraelskich przesłuchań. Brak bodźców sprawia, że mózg zaczyna dopowiadać sobie różne historie. Pojawiają się złudzenia. Widzimy kształty tam, gdzie ich nie ma.
To ciekawe zjawisko. Z jednej strony może być uspokajające, bo gdy te iluzoryczne myśli przestają mieć znaczenie i zatrzymujemy się w tej przestrzeni, można poczuć, że jest się w centrum świata jako jedyny kształt, jaki w tej pustce istnieje. A z drugiej strony możemy poczuć się kropką, zagubioną pośrodku czegoś wielkiego. Bez znaczenia i bez sensu.
To wszystko zależy od tego, jak na to spojrzymy. Czymś naprawdę mocno regenerującym może być wtedy nastawienie i nastrojenie myśli na złapanie wspólnej wibracji z tym, co nas otacza. Taka medytacja w byciu tu i teraz jednym ze wszystkim może działać harmonizująco.
W sezonach umysłu
Czysta kostka lodu. Gdy ją roztopimy, możemy zobaczyć, co się z niej wytrąca. Proces myślowy jak cztery pory roku z naszego geograficznego umiarkowanego klimatu. Najpierw oczyszczenie, zamrożenie, zatrzymanie wszystkiego, żeby zobaczyć, co tak naprawdę mamy. To jest zima. Potem wybieramy z tego to, co może zakwitnąć. Czy to może być ten moment w medytacji tuż przed otwarciem oczu, kiedy wracają myśli, emocje? To jest wiosna.
Wiosna jest wstępem do lata, do pełnego rozkwitu. Otwierasz oczy, wracasz myślami do otaczającej cię rzeczywistości i z tym nastawieniem budujesz swoje relacje, idziesz do pracy, tworzysz pełnię życia.
W górach to może być ta faza, gdy docierasz do bazy. Nabierasz sił. Osiągnąłeś cel tej wędrówki. Przychodzi więc czas, by się tym cieszyć i delektować, a potem zbierać tego owoce. Wracasz z arktycznej wyprawy bogatszy o nowe doświadczenia. Oczywiście pojawiają się pytania czy te wszystkie doświadczenia ci służą. Może są wśród nich takie, które cię dręczą i nie potrzebujesz ich wnosić do swojej codzienności.
To jest cykl. Żeby coś naprawić, trzeba znowu zatrzymać się, wyeliminować to, co nie buduje naszych zdrowych nawyków i wszystko to, co nas przygniata. Czasem wystarczy coś pocerować. Czasem trzeba świadomie wybrać: coś odrzucić albo przyjąć. A może w ogóle niczego nie należy zakładać i być „na lekko”, „na luzie”.
W naturze cykl zmiany sezonów klimatycznych sprawia, że zimę przetrwają tylko najsilniejsze okazy. To one budzą się na wiosnę i wydają lepsze plony.
Czy podobnie jest z człowiekiem? Czy ten, kto potrafi się „zamrozić”, zatrzymać, to będzie silniejszy po medytacji? Mocniejszy niż ktoś, kto nieustannie funkcjonuje w stanie pobudzenia, bez momentu głębszego zatrzymania, bez tej chwili hibernacji?



