Gdzie boli cię dyscyplina
Gdzie boli cię dyscyplina
Czy w swojej spokojnej, czasem monotonnej codzienności, przygotowujesz się na sytuacje awaryjne w życiu? Czy planujesz czasem jak się zachowasz w obliczu nieznanego? Czy przewidujesz jakie będzie jutro? To oczywiste, że najprawdopodobniej wstanie słońce. Może zakładasz, że zdarzy się to i tamto, a ogólnie wszystko będzie, jak to w niektórych miejscach mówią, git. Czy w ramach takiego sposobu widzenia rzeczy, czyli przez pryzmat tego, co jest najbardziej prawdopodobne, bierzesz też pod uwagę ten wariant najgorszy, który może się wydarzyć?
On powinien być dla ciebie możliwy do przejścia i opanowania, gdy nagle stanie się, coś, co zakłóci całą twoją równowagę.
W awaryjnym opanowaniu
W przygotowaniu do nieznanych sytuacji, zwłaszcza w świecie wojskowym, natowskim, a szczególnie w siłach specjalnych, obowiązuje pewien schemat. Ten schemat zawiera określone punkty, które należy dopełnić. Wśród nich są między innymi kwestie związane z predykcją i przewidywaniem. Na podstawie dostępnych danych określamy, jaki wariant działania będzie tym, który mamy wykonać.
Nazwałbym to rutyną związaną z opanowaniem. Polega ona na rozpatrzeniu tak zwanych sytuacji awaryjnych. Przewidujemy, jak one mogą się objawić i doklejamy do tej naszej najbardziej prawdopodobnej wersji zdarzeń. I mimo, że wydaje się ona najbardziej realna, to dodajemy do niej elementy, które mogą pójść nie tak. Dla nich szukamy rozwiązań związanych z działaniem awaryjnym. Opracowujemy odpowiedzi na kryzysowe sytuacje. To jest dodatkowe zabezpieczenie, które pozwala przejść przez trudniejsze momenty podczas realizowania misji.
W nokaucie na ringu życia
Przecież w życiu bywa, że nagle wydarza się coś trudnego i skomplikowanego, coś, co mocno narusza naszą homeostazę i wytrąca z równowagi. Dzieją się sytuacje, jedna po drugiej, na które nie do końca mamy wpływ, ale które bezpośrednio nas dotyczą. Zwolnienie z pracy, choroba, śmierć bliskiej osoby. Cios za ciosem. Wszystko naraz. Niektórzy mówią, że nieszczęścia chodzą parami. Inni, że sami, w jakiś sposób, kreujemy te sytuacje.
Co by było gdybyśmy, bez względu na podejście, wypracowali sobie pewne odpowiedzi na różne sytuacje? W ten sposób mielibyśmy w zanadrzu takie działanie standardowe albo coś w rodzaju procedury?
Wyobraź sobie, że otrzymujesz wypowiedzenie z pracy. Niespodziewanie i nagle. Inna sprawa czy to „nagle” faktycznie jest takie „nagłe”? Czy nie przeczuwałeś czegoś wcześniej? Czy mogłeś się do tego w jakiś sposób przygotować?
Lecz załóżmy, że sytuacja rzeczywiście nas zaskakuje. Wtedy byłoby dobrze wykonać kilka kroków, które stanowią pewną rutynę, coś, co pozwala nam przejść przez tę sytuację w bardziej uporządkowany sposób.
W pętli obserwacji siebie
W wojsku, w takich kryzysowych momentach używamy modelu decyzyjnego, który nazywa się pętlą Boyda*. Gdybym miał ten schemat przenieść na którąś z wcześniej wymienionych sytuacji życiowych to działałbym tak:
Po pierwsze, zatrzymuję się i sprawdzam, gdzie w danym momencie jestem. Przede wszystkim zadaję sobie pytanie jakie mam zobowiązania finansowe, które muszę uregulować, żeby utrzymać się na powierzchni? Co należy zrobić natychmiast? Jak postąpić, żeby sytuacja, która wytrąciła mnie z równowagi, zupełnie nie zdruzgotała mojego stanu zdrowia psychicznego i fizycznego.
Po drugie, gdy już ustaliłem, gdzie jestem, kluczowe jest jedno: muszę podjąć decyzję o kolejnym kroku i wykonać go. Jest akcja. Robię ruch i działam, by ponownie zobaczyć, jak zmienił się świat. Czy coś faktycznie się wydarzyło? Czy jestem teraz w lepszej sytuacji?
Obserwuję. Orientuję się. Oceniam, gdzie teraz jestem i na tej podstawie podejmuję kolejne kroki. I powtarzam ten proces, by osiągnąć stan stabilności.
Czy można to nazwać rutyną na trudne, życiowe momenty? To pytanie zostawiam otwarte. Każdy ma swoje schematy zachowań, niekoniecznie naukowo czy wojskowo zdefiniowane i nazwane, ale z pewnością przetestowane i oparte na własnych doświadczeniach. Najważniejsze by były one efektywne w chwilach wstrząsów i trudności.
W osobistym bagnie emocji
Jednak bywają takie momenty próby, kiedy wpadamy w głębię tragedii emocjonalnej, gdzie jesteśmy rozsypani. Mamy wrażenie, że wszystko się rozleciało. Niby świat funkcjonuje, wszystko działa, ale w środku jesteśmy rozwaleni. Nie widzimy sensu życia. Jak się z tego dźwignąć?
Czy jesteśmy w stanie wyciągnąć się z tego bagna sami za włosy? Być może tak, jak bohater humorystycznych historii z książki „Przygody barona Münchhausena”*. On gdy wpadał w takie tarapaty że, wjeżdżał konno w bagno i już prawie tonął, to łapał się za włosy i razem z koniem wyciągał się na suchy ląd, a potem wędrował dalej.
Brzmi to prześmiewczo, wiem, lecz chcę tym podkreślić pytanie: czy takie upadki faktycznie jesteś w stanie przejść bez wsparcia? Może jednak potrzebujesz kogoś, kto cię wysłucha, komu się wygadasz, kto spojrzy z boku i powie: „z mojej perspektywy to nie wygląda tak źle, bo widzę, że tu i tu masz szansę”. A ty jej nie widzisz, bo jesteś cały w tym problemie. Jak ten baron z książkowych opowieści wjeżdżasz razem z koniem w bagno.
Czy zamiast tego patetycznego bohaterstwa możesz poprosić kogoś o rozmowę wspierającą i potraktować to jako rutynę, do której sięgasz, gdy wpadasz w emocjonalne załamanie?
W odpuszczeniu
To jest moment podjęcia decyzji. A kiedy już ją podjąłeś, to kluczowe jest konsekwentne działanie. I tu dochodzimy do czegoś, co jest w tym momencie niezbędne, a co nazwałbym dyscypliną. Bo działanie na początku może być dla nas przykre albo może nie dawać od razu efektów. Dyscyplina pomoże nam przez to przejść.
Działanie bez dyscypliny czasem przypomina sytuację małpy wiszącej na jednej gałęzi, która chwyciła się już drugiej, ale boi się puścić tej pierwszej, bo nie wie, czy się utrzyma. I tak wisi między jednym a drugim drzewem, a one pracują na wietrze, oddalają się od siebie i rozrywają ją. Ale ona wciąż nie chce się puścić i chce być w dwóch miejscach jednocześnie.
Dlatego ważne jest, by być świadomym tego, że każde działanie ma swoje konsekwencje. Chodzi o przewidywanie ich i o myślenie o tym, co się wydarzy po wykonaniu pierwszego, drugiego, trzeciego kroku.
*Czy to będzie zgodne z tym, czego naprawdę chcę?
*Czy to da mi satysfakcję tylko na chwilę, a potem wszystko i tak się rozleci?
*Czy mam do siebie zaufanie by ten krok wykonać?
Pewne rzeczy w trakcie działania będą po prostu nieprzyjemne i mogą boleć. Tylko czy to jest powód do uników i szukania rozwiązań, w których wszystko będzie idealne? A może raczej należy być przygotowanym na to, że jak mówią niektórzy na siłowniach: „jeśli boli, to znaczy, że rośnie”. Trochę przesadzam, lecz te rozterki związane z tworzeniem i działaniem w życiu, będą występować.
Tylko… na ile mamy być w swojej dyscyplinie działania uparci? Na ile trzymać się kurczowo ułożonej wcześniej wizji? Bo może się okazać, że idąc w zaparte, poranimy przy tym tyle osób, że finalnie będzie to ze szkodą dla nas samych. I zamiast wprowadzić zmianę, którą zamierzaliśmy, sprowadzimy na siebie jeszcze większy ból.
*Pętla Boyda (OODA) jest to model decyzyjny opracowany przez pułkownika Johna Boyda, amerykańskiego pilota wojskowego i stratega. Na podstawie swoich doświadczeń w lotnictwie podczas walk powietrznych w wojnie koreańskiej zauważył, że w pojedynkach powietrznych wygrywali ci piloci, którzy szybciej analizowali sytuację i podejmowali trafniejsze decyzje niż przeciwnik. W czasie walk pilot musiał błyskawicznie obserwować otoczenie, dostosowywać strategię i natychmiast reagować, co w dynamicznych starciach oznaczało różnicę między życiem a śmiercią.
*Baron Karl Friedrich Hieronymus von Münchhausen (1720–1797) był niemieckim arystokratą, żołnierzem i podróżnikiem, znanym z opowiadania fantastycznych i humorystycznych historii o swoich rzekomych przygodach. Wśród najbardziej znanych historii znajduje się właśnie ta, w której baron, wpadając z koniem do bagna, chwyta się za własne włosy i wyciąga siebie oraz konia na suchy ląd. Ta opowieść stała się symbolem nieprawdopodobnych przechwałek i przykładem absurdalnego heroizmu.



