Co dzielisz: czas czy uwagę
Co dzielisz: czas czy uwagę
Multitasking, czyli wielozadaniowość. Stan dobrze znany każdemu z nas. W moim, „bojowym” języku, określiłbym to jako działanie na kilku frontach naraz. Na ten temat powstało już trochę badań. Niektórzy mylą równoległe wykonywanie zadań z dynamicznymi przeskokami uwagi. Na przykład kontroler ruchu lotniczego, który pozornie zajmuje się wieloma parametrami jednocześnie, tak naprawdę w bardzo krótkim przedziale czasowym skupia się na poszczególnych elementach, łącząc je w całość. I tym sposobem zarządza mnogością informacji lecz nie wykonuje wszystkiego w tym samym momencie.
Iluzja bycia wszędzie
Czy w tej przysłowiowej jednej sekundzie możemy myśleć o kilku rzeczach równolegle? Z badań jasno wynika, że takiej zdolności raczej nie mamy. Za to możliwe są dynamiczne przeskoki, więc możemy nawet rozbić ten przedział czasowy na jeszcze krótsze odstępy, natomiast nasza uwaga jest trudna do podzielenia.
Lecz mimo to, używamy wyrażenia „podzielność uwagi” oraz mówimy, że robimy wiele rzeczy w tym samym czasie. Czy nie jest to rodzaj iluzji? Czy nie jest to tylko w przenośni przedstawienie naszego pragnienia bycia wszędzie jednocześnie?
Zerkając na fizykę kwantową i zjawisko równoległych bytów, moglibyśmy zagłębić się w niemal magiczną historię. Gdybym chciał to wszystko jednak uprościć, to moja idea byłaby taka, aby w danym momencie robić jedną rzecz w sposób najbardziej skoncentrowany, oddając jej całą swoją uwagę ze świadomością celu, do którego poprzez tę czynność dążę.
Ciało w kawałkach
Popatrzmy na ten proces z punktu widzenia naszego ciała. W dziedzinie medycyny mamy mnogość specjalności. Ortopeda świetnie naprawi ci kolano. Chirurg precyzyjnie amputuje rękę, jak już będzie trzeba. Okulista perfekcyjnie zbada oko. Ale żaden z nich nie przyjmie już na przykład porodu. W efekcie ktoś inny zajmuje się stawami, ktoś inny mózgiem. W ten sposób umyka cały kontekst, w którym funkcjonuje leczony narząd. I leczy się skutki, a nie przyczynę ze względu na błędne diagnozy, które mogą wynikać z tego, że nie rozpatruje się całości.
Po poradę idziemy do różnych specjalistów od poszczególnych kawałków naszego organizmu. Oni robią nam korekty: „zrób to, popraw tamto, tu jest niedobrze, tam źle, to trzeba zoperować”. A kto „spina” tę całość?
To na nas spoczywa ciężar bycia idealnym w każdym obszarze: musimy dobrze spać, zdrowo jeść, pielęgnować relacje, spełniać się zawodowo. Wygląda więc na to, że interdyscyplinarność naszego bycia tu i teraz to codzienność, a specjalizacja to jedynie mały fragment większej układanki.
Uwaga na jednym froncie
A jak jest w życiu zawodowym i organizacjach, które tworzymy? Lepiej mieć jedną specjalizację? Czy raczej kilka? Oczywiście odpowiem na przykładzie jednostki wojskowej GROM, gdzie specjaliści wpisują się w kontekst jednej, większej „maszyny-zespołu”, która potrafi walczyć i skutecznie działać w najniebezpieczniejszych i najtrudniejszych okolicznościach. Do tego została stworzona i taka też jest misja jednostki. Czynnik ludzki, obecny w tych działaniach, jest niezwykle istotny. I nie chodzi tutaj o to, aby każdy był od wszystkiego, tylko działał tak, żeby jego umiejętności zasilały funkcjonowanie całej organizacji.
Siła tej precyzyjnej konstrukcji bojowej tkwi właśnie w profesjonalizmie specjalistów, którzy w decydujących sekundach operacji poprzez swoje działania decydują o skuteczności i zdobywaniu przewagi nad przeciwnikiem.
Co mam na myśli? Jeśli w pierwszej sekundzie walki specjalista od rozpoznania precyzyjnie zinterpretuje rzeczywistość i określi słaby punkt przeciwnika, to fachowiec „od przerzutu” dostarczy siły i środki w odpowiednie miejsce. I te osoby wykonają atak i zastosują stosowne działanie, które jest dziedziną, w jakiej są wyszkoleni. Potem pojawi się specjalista od ewakuacji. Poleci we wskazane miejsce i co do milimetra wyląduje śmigłowcem, żeby „podebrać” żołnierzy do bazy. A tam kolejne osoby przeprowadzą czynności pooperacyjne, przeanalizują materiały zdobyte na tak zwanym "obiekcie" albo przesłuchają zatrzymanych terrorystów i z tego wyciągną wnioski i zaplanują kolejne misje i operacje.
I ten szereg zwycięskich bitew, posłuży w konsekwencji temu, by zniwelować zagrożenie i wygrać całą wojnę.
Krótko ujmując, specjaliści dobrze spięci w jeden organizm, w efekcie uzyskują określony cel.
W duchu wskazówek zegara
Kojarzy mi się to z powiedzeniem „mens sana in corpore sano”, czyli „w zdrowym ciele zdrowy duch”. Przyjrzyjmy się, jak funkcjonuje nasze ciało jako całość i jak działa na nie nasz duch. Które elementy można ulepszyć, poprawić, które czasem szwankują? Najważniejsze jest to, aby nie zatracić koncepcji całości.
Zaczynamy więc od ogółu, od strategii, w której zawiera się nasze nastawienie do życia.
Dalej idziemy przez nie na poziomie operacyjnym aż po poziom taktyczny.
Operacyjny poziom obejmuje ogólne założenia, treningi, przygotowania, a poziom taktyczny to będą te małe zwycięstwa, codzienne rutyny, ćwiczenia i działania, które krok po kroku prowadzą nas do głównego, zamierzonego efektu i sukcesów.
Dlatego podkreślę po raz kolejny to, że musimy zmierzyć się z interdyscyplinarnością i być „człowiekiem renesansu” jak Leonardo da Vinci. Człowiek, który łączył w sobie niezliczone talenty i umiejętności. Ciągle ciekawy świata. Wiecznie szukał nowych pomysłów i rozwiązań.
Taki typ osoby wydaje się dziś znów potrzebny, jak „perpetuum mobile”. Wiecznie w ruchu, napędzany pytaniami i tworzeniem odpowiedzi na nie, a nie skoncentrowany tylko na jednym fragmencie rzeczywistości. Ktoś, kto potrafi skupić swoją uwagę na tym, co jest istotne dla niego teraz, pozostając jednocześnie w świadomości tego, jakie konsekwencje to działanie wniesie w jego jakość życia.



